Ci, którzy decydują o zamówieniach powinni mieć zakodowane, że „biało-czerwone jest z definicji lepsze” – mówił premier Donald Tusk podczas oficjalnej inauguracji projektu „Local content. Z korzyścią dla Polski”. Projekt zakłada premiowanie rodzimych firm w polityce zakupowej państwa.
Local content ma się odnosić przede wszystkim do zamówień realizowanych przez spółki Skarbu Państwa, choć do działania według tej filozofii będą zachęcane także inne podmioty. – Zwracam się także do samorządu terytorialnego. To są też wielkie zamówienia publiczne, wielkie pieniądze, polskie pieniądze. One też powinny trafiać wszędzie, gdzie to jest możliwe do polskich wytwórców, polskich usługodawców i producentów – mówił premier. Podkreślił, że rząd nie ma wpływu na działania samorządów, ale – jak mówił – „nie może być tak, że środki europejskie, środki budżetowe trafiają do samorządu, a samorząd nie będzie respektował lokalności”. Zapowiedział, że będą prowadzone rankingi pokazujące na ile zamawiający publiczni respektują zasadę promowania komponentu krajowego, definiowanego jako wartość towarów lub usług wyprodukowanych lub świadczonych przez podmiot krajowy.
– Z przedstawionej definicji local content wynika, że dotyczy ona przede wszystkim podmiotów krajowych, a więc takich, które wprawdzie działają na terenie Polski, ale ich właściciele i rzeczywiści beneficjenci nie muszą pochodzić z naszego kraju – mówi Paweł Bruger, rzecznik Mirbudu. – To wzbudza wątpliwości w jej ocenie, a także jej wpływu na realne budowanie polskiej gospodarki – stwierdza.
Żeby ułatwić ocenę „krajowości” podmiotów gospodarczych Ministerstwo Aktywów Państwowych zaproponowało sześć kryteriów i przypisało im wagi procentowe. Dwa kryteria z najwyższa waga – 25 proc. – odnoszą się do umiejscowienia w Polsce głównego przedmiotu działalności oraz siedziby właściciela. – Proponowana waga oceny kryterium „krajowości" podmiotu, w której 25 proc. oceny stanowi kryterium beneficjenta rzeczywistego z siedzibą w Polsce jest słusznym kierunkiem, choć oczywiście można by zapytać czy to nie zbyt nisko osadzone kryterium pozacenowe – wskazuje przedstawiciel firmy, która wielokrotnie podkreślała, że firma krajowa, to według niej nie to samo, co firma polska, odwołując się przy tym do kapitału i akcjonariuszy, którzy odpowiednio w większości mają siedzibę w Polsce lub poza nią.
Obecnie 40 proc. wartości dodanej w gospodarce generują podmioty spoza Polski, a jedna trzecia pracowników jest zatrudniona w firmach z rodowodem zagranicznym – w
skazuje z kolei Damian Kaźmierczak, główny ekonomista Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. – Nie da się wyrugować tych przedsiębiorstw z polskiej gospodarki, ponieważ w dużej mierze dzięki napływowi międzynarodowego kapitału i członkostwu w Unii Europejskiej Polska jest dziś dwudziestą największą gospodarką świata – stwierdza. Dodaje jednocześnie, że nie ma powodu, dla którego państwo nie mogłoby wspierać rdzennie polskich firm innymi sposobami, np. przez wyrównanie dostępu do kapitału z udziałem instytucji finansowych kontrolowanych przez państwo, czy jak najszersze włączanie polskich firm w realizację krajowych inwestycji infrastrukturalnych.